Lubicie masło? Ja bardzo. Mmmmm. Świeża, żytnia bułeczka z masełkiem. No dobra ewentualnie może być też pszenny chleb z chrupiącą skórką. Na ich widok od razu cieknie mi ślinka. Ale co to ma do rzeczy dziś? A no odpalcie internety i wpiszcie w wujka Googla „masło”, a ten od razu dopisze „czy margaryna” albo „cholesterol”. Czy już trochę świta? Badań na temat tego, czy masło i zawarty w nim cholesterol są zdrowe znaleźć można bez liku. Jedni amerykańscy naukowcy twierdzą, ze masło to smierć, drudzy po serii badań zdecydowanie odrzucają tą teorię. Komu wierzę? Nikomu i zwyczajnie od czasu do czasu, gdy mam ochotę na chrupiące pieczywo smaruje je masłem i wciągam aż mi się uszy trzęsą.


 

Podobnie jak z masłem jest z rowerami dla kobiet. Temat powraca co jakiś czas jak bumerang. Naukowcy na zlecenie jednej firmy wykonują badania, z których wynika, że kobieta to zupełnie inny rodzaj człowieka. Potem w opozycji przychodzą następni i przekonują, że jest zupełnie inaczej i praktycznie niczym nie różnimy się od facetów, oprócz tego, że lubimy kwiatki i kolorowe wzorki. Potem znów jak w sinusoidzie ktoś opracuje nową teorię. Aktualnie dominujący trend zakłada, że jednak w budowie ciała i pozycji na rowerze nie różnimy się za wiele od mężczyzn więc i specjalna geometria nie jest nam potrzebna. Wystarczy odpowiednie dopasowanie komponentów i wszystko zadziała jak trzeba. Czy zgodzić się z tym czy oponować, bo może to kolejna teoria spiskowa dzięki której producenci oszczędzają na kosztownych projektach ram i specjalnie na ich potrzeby tworzonych formach? Jeść te masło, czy wybrać margarynę?

Na obecną chwilę tylko jedna marka na rynku w bardzo odważny i nieustępliwy sposób realizuje koncepcję rowerów projektowanych w oparciu o typowo kobiecą geometrię. Jest nią Liv, młodsza siostra dobrze znanego nam Gianta.

Nie należę do zagorzałych feministek, lubię gdy mężczyźni przepuszczają mnie przodem i przynoszą kwiaty.  Gdy jednak zaistniała możliwość, by wypróbować rower zaprojektowany przez kobiety dla kobiet, nie mogłam odpuścić takiej okazji. Ani się obejrzałam a minęło już prawie pół roku mojej znajomości z Liv Hail przez przyjaciół zwaną Halinką. Chyba całkiem się polubiłyśmy.

Liv Hail – rower zaprojektowany przez kobiety dla kobiet

Zdaniem twórców i konstruktorów marki Liv kobiety zdecydowanie potrzebują kobiecej geometrii. Różnimy się od mężczyzn budową ciała, charakterem i sposobem jazdy. Podobno niżej mamy środek ciężkości, co ma dość duże znaczenie dla odczuć z jazdy. Efektem powyższych założeń są rozwiązania konstrukcyjne, które zastosowano zarówno w szosowych jak i terenowych modelach rowerów Liv.

Wygląd ma znaczenie – Liv Hail malowanie

Rowery Liv są zwyczajnie ładne. Widać, że graficy na Tajwanie nie pierdzą w stołek, a przykładają się do swojej roboty. Liv Hail na zdjęciach w internetach wygląda świetnie, na żywo wywołuje efekt piorunujący. Nie jestem w stanie zliczyć ilości pozytywnych komentarzy dotyczących mojej Halinki, które usłyszałam na szlakach, zawodach i gdy czasem rano jechałam po bułki do pobliskiego sklepu. Nie pierwszy i nie ostatni raz napiszę – rower żeby na nim jeździć z przyjemnością musi nam się podobać. Kropka. Ten podoba się chyba każdemu.

Rama

Równie przyjemna jak kolorki dla oka rama uzupełniona została o sprawdzony system zawieszenia Maestro zapożyczony od starszego brata. Wszystko buja się na RockShox-ie. Z przodu mamy Lyrica z możliwością regulacji skoku 160-130, co zdecydowanie przydaje się na podjazdach. Z tyłu mamy RS Deluxe R bez zbędnych bajerów. Niewątpliwym atutem jest wewnętrzne prowadzenie pancerzy i miejsce na bidon. Mimo małych rozmiarów w ramie rozmiar S mieści się butelka 750 ml.

Osprzęt

W przypadku modelu Liv Hail 1 dostajemy całkiem spójnie złożony rower.

Napęd to sprawnie działająca kombinacja Sram X1 i GX. Oczywiście mówimy tu o jednym blacie z przodu. Niestety ze względu na moją kondycję, a raczej jej brak, 30 ząbków z przodu musiało pójść na wymianę. Idalenie w to miejsce spasowała dwudziestoośmiozębowa, jajowata koronka od Banless.
Przy okazji wyeliminowałam również bashguarda (tak to się pisze?). Generalnie dla mnie jest zbyteczny i nie wiem po co to komu.

Za odpowiednie dozowanie prędkości odpowiadają hamulce Sram Guide RS. Sporo ludowych mądrości można przeczytać o nich w internetach. Prawda taka, że jak masz szczęście to działają super, jak masz pecha to można się z nimi trochę namęczyć. Do czasu wyjazdu nad Gardę i u mnie wszystko było ok, gdy jednak przyszło do zjazdów o deniwelacji 1000+ za jednym razem, to prawa klamka zaczęła dziwnie szybko zbliżać się do kierownicy. Chyba za dużo hamuję :) Mimo wszystko mam do Guide-ów sentyment.

Koła w Livie to fabryczny set Gianta na obręczach Giant P-AM2 i piastach w standardzie Boost. Niestety są dość przyciężkawe. To element, który warto upgradeować jeśli ma się dodatkowy budżet. Na podjazdach różnica w wadze będzie odczuwalna.
Zestaw uzupełniają i cieszą dobrze dobrane opony – Magic Marry i Hans Dampf w standardzie TL Easy i lekkiej wersji. Moje serce skradzione jest jednak przez Maxxisa, czego efekty widać na zdjęciach. Przód Minion DHF 2.5, tył High Roller 2.4.

W wyposażeniu Liv Hail 1 dziwią dwie niekonsekwencje. Rower dedykowany kobietom wyposażony został w kierownicę 800 mm. Hmmm, szerokość pomaga opanować maszynę, ale to chyba przesada. Jedynym wytłumaczeniem jest dla mnie możliwość docięcia jej do własnych upodobań. Gdyby była węższa operacji odwrotnej nie dałoby się zrobić :) Ja wymieniłam ją na karbonową 740 i uzupełniłam o mega wygodne i sami przyznacie pieknie wyglądające Esi Grips Chunky w kolorze Aqua.

Również sztyca o skoku 100 mm trochę drażni. W wypadku roweru w rozmiarze S, który dedykowany jest dziewczynom o wzroście 160+ optymalne jest już jednak 125 mm. Mi udało się wstawić 150 mm Yepa. Wszedł na styk ;P Ale zdaniem mojego mechanika to przerost formy nad treścią.

Wrażenia z jazdy – długoterminowy test Liv Hail

Początki z Halinką były dość zaskakujące. Dwa lata jazdy na wyjątkowo męskim Romecie Toolu utrwaliły pewne przyzwyczajenia. Kilka niewinnych skoków w bok z Whytem T130 i G160, Canyonem Spectralem  czy sztywnym Accentem Peak Lady były jakimś odskokiem, ale umówmy się niewielkim.

Pierwsze co od razu dało się odczuć w przypadku Liva Hail, to zdecydowanie większa zwrotność i sposób pokonywania zakrętów. Pierwszy raz z Hailem na Twisterze sprawił, że zaczęłam zupełnie inaczej patrzeć na tą ścieżkę. Większa dynamika i łatwość wchodzenia w kolejne bandy zaskoczyły mnie pozytywnie. W tej dziedzinie Hailowi jest zdecydowanie bliżej do zwinnej allmountain-ówki niż typowego roweru enduro.

Druga jazda testowa odbyła się na trasie DH+. Tu zauważyłam pewien brak. A mianowicie – brak walenia korbami po kamieniach przy momentach dokręcania, co w przypadku niskich rowerów typu Tool, czy G160 działo się nagminnie.

Niestety jak zawsze w takich przypadkach przyroda dąży do zachowania równowagi. W zamian za dynamikę, zwinność i mniejsze prawdopodobieństwo uderzena o wystające z ziemi kamienie, musimy stracić nieco na stabilności i kontroli na łubudubu rąbance w dół. W takich sytuacjach rower wymaga większego skupienia riderki i zdecydowanego ujarzmienia silną kobiecą ręką.

Od tamtego czasu razem z Halinką wykręciłyśmy coś koło 800 kilometrów. Na Livie wystartowałam w dwóch edycjach zawodów Enduro MTB Series, zaliczyłam dwa wypady do bike parków, kilka enduro wycieczek po Beskidach i Sudetach. W tym czasie zgrałyśmy się ze sobą idealnie i jest nam całkiem dobrze razem. Dzięki bardzo wygodnej pozycji na podjazdach, zrobienie 1500 metrów przewyższenia za jednym razem podczas wycieczek nad Gardą nie stanowiło żadnego problemu. Strome techniczne sekcje pokonuje się na nim z wyczuciem, ale sprawnie. Rower jest też bardzo skoczny i chętnie odrywa się od ziemi. Na bikeparkowych hopkach ograniczać może w tym przypadku tylko głowa.

Liv Hail vs Giant Reign

Opisując ten rower nie mogę nie odnieść się do licznie pojawiających się porównań Liv Hail do męskiego odpowiednika Gianta Reigna. Głównymi wysuwanymi na minus Liv argumentami są stromy kąt główki ramy, krótki reach oraz właśnie wyżej zawieszony środek suportu. Wiadomo bowiem, że obecnie cały rowerowy mainstream idzie w obniżanie, wydłużanie i wypłaszczanie rowerów.

Natury i statystyki nie oszukamy. Bardzo rzadko zdarza się, by kobieta jeździła tak ofensywnie i agresywnie jak mężczyźni. Zazwyczaj jesteśmy (tylko) trochę wolniejsze i ustawiamy środek ciężkości bardziej z tyłu. Dlatego potrzebujemy nieco innego roweru.

Do tej pory, gdy dziewczyna chciała endurówkę to kupowała Reigna, a gdy ten okazywał się za toporny to była skazana na zaledwie 140 milimetrowego Trancea. Liv Hail jest czymś niejako pomiędzy i wypełnia właśnie tą dziewczyńska lukę. Jaki sens miałoby robić babską kopie Reigna? Dwa takie same rowery które znów tylko różniłyby się kolorkami i siodełkiem? Wielu z was powie w tym momencie – kasa i marketing. Ja powiem specjalizacja i możliwość dostosowania do siebie.

Nie zapominajmy, że rower enduro to rower zarówno do zjazdów, jak i podjazdów. Wydaje mi się, że inżynierowie (albo raczej inżynierki) Liva na chwilę obecną* osiągnęły właśnie taki kompromis. Rower enduro, na którym kobiecie równie wygodnie będzie się podjeżdżało, jak i zjeżdżało.

*do czasu opublikowania kolejnych badań na temat właściwości masła i różnic w budowie kobiecego i męskiego ciała.