Nad Jeziorem Garda byliśmy dokładnie sześć lat temu. Spędziliśmy tam dwanaście dni, całkiem sporo czasu na konkretne zapoznanie z terenem. Rowerowo to miejsce zupełnie mnie nie zachwyciło. Doskonale pamiętam, że wyjeżdżając stamtąd nawet się cieszyłam.  Teraz po sześciu latach postanowiliśmy powrócić i sprawdzić, czy dalej jest tak samo. W ostatniej chwili zmieniliśmy więc wakacyjne plany i zamiast eksplorować wysokogórskie okolice Bormio wybraliśmy „nudne szutry” z błękitem jeziora w tle.


Spis treści :)

Lago di Garda – kochać albo nienawidzić

Chyba nie ma bikera, który nie słyszałby nigdy o Lago di Garda. Ta kultowa miejscówka od lat dzielnie utrzymuje rolę lidera w rankingu najchętniej wybieranych rowerowych destynacji. Co sprawia, że z roku na rok ilość rowerzystów odwiedzających to miejsce nie spada, a nawet ciągle rośnie?

Jak już wspomniałam, po poprzedniej wizycie nad jeziorem Garda nie byłam jakoś szczególnie zadowolona.  Dobrze pamiętałam, że szlaki MTB tutaj są bardzo specyficzne. Albo jest bardzo łatwo (szuter, szuter, szuter), albo bardzo trudno (ekspozycja, skały). Bardzo rzadko da się znaleźć elementy pośrednie. Ukształtowanie terenu sprawia, że o ile nie korzystasz z pomocy shuttla, to zazwyczaj całe przewyższenie danego dnia robisz  na samym początku wycieczki. Wspinasz się więc przez dwie albo nawet trzy godziny, a potem na wymęczeniu możesz sobie zjechać. Poza tym jest stromo. Jeśli jesteś zwolennikiem napędów 1×11 a nie masz z przodu koronki 28, lepiej potrenuj przed wyjazdem.

Mimo  powyższych  dość negatywnych wspomnień zaryzykowaliśmy ponowną wizytę w tej kolarskiej mecce i w tym roku  znad Gardy wyjeżdżałam już z pewnym smutkiem. Czemu?  Wszystko po kolei.

Jezioro Garda – klimat i pogoda

Lago di Garda to bez wątpienia bardzo urokliwe jezioro. Wyjątkowości dodaje mu jego wielkość. Powiedzmy sobie szczerze, pewnie każdy z Was widział już niejedno górskie jeziorko. Jadąc nad Gardę przygotuj się na małe zdziwienie. Będąc tutaj czasami można poczuć się jak nad morzem. Gdy dołożymy do tego szczyty, które z wysokości 60 m n.p.m. wzbijają się do około 2 tysięcy metrów, to robi nam się naprawdę widokowy konkret.

Jest ładnie. Nie ma co się nad tym rozwodzić.
Jest też ciepło. Południowa część jeziora jest pewnego rodzaju bramą, która głębiej w ląd wpuszcza ciepłe śródziemnomorskie powietrze. Więc gdy nie mamy pecha na jakieś pogodowe anomalie, to w okolicach maja oraz miesięcy jesiennych, całkiem przyjemnie można tu pojeździć. W lipcu-sierpniu przygotujcie się na upały pod trzydziestkę i wyżej. Pogoda bywa tu jednak zmienna. Rano słońce daje czadu, a w południe już zbierają się chmury, by pod wieczór przywalić burzą. Trzeba na to zwracać uwagę, gdy wyjeżdża się w wyższe partie gór.

Czy w jeziorze da się kapać? W miesiącach letnich zdecydowanie tak. Chociaż to zależy mocno od aktualnej pogody. Podczas pierwszego pobytu nad Gardą kąpaliśmy się dwa razy, bo woda była dość zimna. Tym razem trafiliśmy idealnie. Słońce świeciło od rana do wieczora, a kąpiel w jeziorze przy 36 stopniach na plusie okazywała się ratunkiem.

Noclegi

Wyjazd nad Lago di Garda warto organizować z wyprzedzeniem i zastanowić się nad wykluczeniem lipcowo-sierpniowych terminów. To najwyższy sezon i najdroższy okres (my byliśmy w lipcu). Kwater i miejsc noclegowych jest do wyboru do koloru. Najpierw najlepiej zrobić rozeznanie na Bookingu,  potem poszperać na włoskich stronach typu gardatrentino.it,  a na koniec znaleźć domową stronę upatrzonego pensjonatu i pisać bezpośrednio. Z doświadczenia wiemy, że ceny często bardzo znacząco się różnią.

Jeśli jesteśmy nastawieni rowerowo, to oczywiście interesuje nas tylko północ, czyli okolice miejscowości Riva del Garda. Moim zdaniem najlepszą miejscowością do spania jest Arco. Miasteczko położone pięć km od Rivy, bardzo klimatyczne i urocze, spokojniejsze niż kurortowa Riva czy Torbole. Arco jest świetną bazą wypadową na wszelkie tripy MTB i szosowe, a gdy mamy ochotę na plażing czy winko nad brzegiem jeziora, to dotrzemy tam przyjemną czterokilometrową ścieżką rowerową wiodącą wśród winnic i plantacji kiwi.

Noclegową alternatywą są też miejscowości położone nad Lago di Ledro. Jednak wtedy każdy wypad MTB na wschodnią stronę jeziora wiązać będzie się najpierw z przyjazdem autem do Rivy lub Torbole. Szosowy w sumie też. Ponieważ dojazd do jeziora Ledro na rowerze z cienkimi oponkami jest niemożliwy. No chyba, że lubicie ekstremalne doznania i samochody w tunelach mijające was na milimetry z prędkością 80 km/h nie robią na was wrażenia.

Nad Gardę najlepiej zebrać się z ekipą i wynająć kilkuosobowy apartament. W takich miejscach standardem są specjalne pomieszczenia lub garaże dla rowerów, klimatyzacja, pralnia, możliwość skorzystania z karchera.
Można też przyjechać kamperem lub skorzystać z pola namiotowego. Tu jednak polecam dzwonić, bo w letnich miesiącach dość ciężko jest z wolnymi miejscami.

Lago di Garda – trasy rowerowe MTB

Będąc nad Lago di Garda  w pierwszej kolejności trzeba objechać klasyki. Nie szukaj pierwszego dnia secret traili i miejscowych tajniaków, najpierw zapoznaj się z terenem, bo początek może być dość zaskakujący i bolesny. Nad Jeziorem Garda szlaki są mocno specyficzne. O przyczepności, kontroli i przednim hamulcu najlepiej zapomnieć na okres wyjazdu :) A tak poważniej, to spotkasz tu bardzo rzadko spotykaną u nas nawierzchnię w postaci wszelkiej maści luźnych kamieni, które zdecydowanie utrudniają manewrowanie rowerem. To trudno opisać. To trzeba poczuć :)

Jaki rower wziąć nad Gardę? To zależy co chcesz jeździć. Na sypkich szutrach da radę zwykły hardtail, ale zdecydowanie lepiej mieć tu ze sobą fulla. Czy 160 mm jest konieczne? Chyba nie. To serio zależy od szlaków które wybierzesz.

W orientacji w terenie przyda się telefon z aplikacją Trailfoks lub Mapy.cz oraz łatwe do kupienia papierowe mapy wydawnictwa Kompass. Nie zdziwcie się, tu, jak i w całych Alpach, każdy szlak jest czerwony. Na początku wprowadza to w pewne zagubienie, ale można się przyzwyczaić.

Podczas pierwszego wyjazdu nad Gardę  używaliśmy też przewodnika Garda GPS Bikeguide tłumaczonego przez naszego kolegę Tomka . Tym razem jednak w dobie internetów okazał się zbędny.

Będąc w terenie zauważycie też sporo nowych oznaczeń całego systemu szlaków typowo rowerowych. Niestety my nie doszukaliśmy się nigdzie ich opisu, czy mapki (ale też nie poświęcilismy temu za wiele czasu).

Wracając do Trailforksa – są na nim zaznaczone wszystkie szlaki, które warto wziąć pod uwagę podczas pierwszego pobytu nad Lago di Garda. Minęły już czasy wyszukiwania w zagranicznych internetach co lepszych smaczków :)

Siła mięśni, shuttle bus czy kolejka

To ostatnia decyzja, jaką musisz podjąć przed ruszeniem na rower. Przewyższenia nad Gardą są bowiem słuszne. Często, by dostać się na jakiś szczyt, za jednym razem trzeba zrobić 1300 metrów w pionie. To nie mało, a gdy dodasz do tego całkiem spore średnie nastromienia… uff.
Moja rada – są wycieczki na których do góry fajnie wjechać samemu, są trasy na które lepiej wynająć schuttla i nie marnować sił, które przydadzą się potem. Warto też raz skorzystać w Kolejki wysokogórskiej w Malcezine i dla samych widoków odżałować 25 euro (tak mówił nam kierowca jednego busa). Nam niestety jeszcze nigdy się to nie udało. Tacy zarobieni na wakacjach jesteśmy :)

Które trasy wybrać? Poniżej moje subiektywne zestawienie tras rowerowych nad Lago di Garda. Kolejność w tym przypadku ma znaczenie.

Naranch Trail

Naranch Trail to trasa idealna na początek, bo najmniej „gardziańska”. Dziwiłam się, gdy gdzieś przeczytałam, że ma wyjątkowo ziemisty charakter. Ale dnia następnego na Navene już wiedziałam, o co chodzi. Na miejsce gdzie zaczyna się Naranch Trail warto dostać się za pomocą siły własnych nóg, powoli trawersując zbocza Monte Stivio. Zatrzymać się po drodze na kawę i pana cotte w Malga Zanga (skąd podobno można oglądać też widowiskowe zachody słońca). Ostatnie fragmenty podjazdu trawersującego Monte Creino robi się przy okazji podziwiając eksponaty z naturalnej galerii sztuki. Nie macie pojęcia jak to odciąga głowę od myślenia o zmęczeniu :)

Naranch Trail to typowy szlak który moglibyśmy podpiąć pod enduro. Są kamienie, korzenie, czasem stromo. W skali trudności, której już używałam tutaj, to solidna trójka. Mimo wszystko w kilku miejscach trzeba trochę pokombinować.

W znalezionych opisach tego szlaku wszyscy sugerują postój w Agriturismo Maso Naranch. Nie bez powodu. Tu koniecznie trzeba położyć się na łące pachnącej lawendą z widokiem na jezioro.

Navene Trail

Podczas gdy Naranch Trail jest delikatnym wprowadzeniem w klimaty Lago di Garda. To Navene wali nas po mordzie rzeczywistością. Jeśli nie lubisz luźnych kamieni, nie wybieraj tej ścieżki. Na Navene niby nic nie ma, a daje w kość. W skali trudności to też trójka, ale tu już trzeba przestawić głowę. Nie ma wielkiego nastromienia, są noszące na boki kamienie i kilka ciaśniejszych zakretów-agrafek. Jedziesz, nie widzisz nic trudnego, a czujesz się nieswojo. Mimo wszystko to oczywiście bardzo klimatyczna, singlowata ścieżka, z kilkoma widokami na jezioro. Tu też da się jeszcze dojechać na rowerze, ale podjazd to minimum dwie godziny. Niestety zaznaczone na mapie jedno ze źródełek ma wodę niezdatną do picia. Paamietajcie o ty wybierając się tu w ciepły, słoneczny dzień.
Gdy już zjedziecie na dół do miejscowości Navene, w kawiarni na wyjeździe ze ścieżki koniecznie zatrzymajcie się na lody jogurtowe.

[gpx]

Tremalzo classik i alternative

Chyba nie da się napisać o Tremalzo nic, czego ktoś by już nie napisał. Klasyk klasyków. Must ride. Wyjątkowo widokowa trasa, na którą poświęcić trzeba sporo czasu, bo co zakręt zatrzymywać będziesz się na fotki. Na Tremalzo najlepiej dostać się busem, ale jak chcesz podjąć wyzwanie zdobycia go w korbach, to nie dawaj się czasem naciągnąć na kultowy podjazd Mosera od strony Pregasiny. Uwierz mi. Nie idź tą drogą. Zdecydowanie lepiej jest dotrzeć do mitycznego tunelu Tremalzo od tyłu, po drodze zaliczając Lago di Ledro i Ampolę. A widokowym serpentyniastym szutrem sobie zjechać.
W klasycznej wersji pod względem technicznym szału na Tremalzo nie ma. Poziom trudności to dwójka z jednym konkretniejszym fragmentem zjazdu z Passo Rocchetta (który nomen omen w drugą stronę jest beznadziejnym wypychem). Obowiązkowy postój na Passo Nota warto ująć w planach. Sugerujemy jednak, by zamówic raczej tylko coś do picia.

Tremalzo ma oczywiście też kilka alternatywnych wersji. Jak dobrze się przyjrzycie to na Trailforksie odnajdziecie możliwe modyfikacje. Nam w tym roku nie wyszło, ale wiem, że zdecydowanie warto. Mój tajny informator Harry potwierdza :)



[gpx]

601

601 jest równie kultowy jak Tremalzo, tylko że tutaj zamiast na widoki patrzysz pod koła. Zaczynający się na Monte Altissimo szlak 601 to najbardziej wymagający oficjalny szlak nad Jeziorem Garda.  Bardzo widokowy i techniczny u góry, w środku daje chwilę wytchnienia, by znów na dole móc sponiewierać. Niestety nie jestem w stanie go wycenić, bo z powodu nadciągającej burzy w połowie odbiliśmy na nieco łatwiejszy The Skull. Na jutubach są jednak całe filmiki ze zmagań z tym trailem.
Aby zjechać sześćset jedynką trzeba wykorzystać busa, który podwiezie Cię na wysokość 1617 pod Rif. Grazzini. Stąd już tylko godzina kręcenia/wypychu dzieli Cię od szczytu. W schronisku obowiązkowy odpoczynek i strawa (nie mylić ze Stravą). Potem rundka po szczycie i gdy masz szczęście to jeden z najbardziej niesamowitych widoków, które dane było mi oglądać w życiu. Po tym wszystkim czeka Cię już tylko długi i niekończący się zjazd.

Val del Diaol/The Skull

To trasa, która weszła w skład tak zwanego Garda Trentino Bike Park, czyli parku bez bajkparku :) Widać, że cały czas ktoś o nią dba i ją dopracowuje. Stanowi solidne wyzwanie dla sprzętu i bikera. Mamy tu kamienie, kamienie,kamienie i trochę korzeni. Na szczęście kamienie te raczej sztywne, mocno trzymające się podłoża. Jest też kilka miejsc z hopami i innymi a’la bikeparkowymi atrakcjami. The Skull bardzo przypadł mi do gustu,  Arturowi już trochę mniej :)

[gpx]

Cima d’Oro

Na ten szczyt można wejść pieszo, ale dużo fajniej wejść tam z rowerem :) widoki na górze wynagrodzą cały trud. Widać stąd zarówno Jezioro Garda jak i Lago di Ledro.  Ma się wrażenie, jakby stało się na dachu świata. Wycieczka na Cima d’Oro jest też doskonała dla fanów bunkrów i I Wojny Światowej.  Po drodze mija się mnóstwo pozostałości po działaniach wojennych, a na zboczach Cima Pari pięknie widać wgłebienia, które według naszej teorii są pozostałościami po zrzuconych w ten rejon bombach.

Zdobywając Cima d’Oro najpierw z Moliny di Ledro wdrapaliśmy się asfalto-szutrem na Bocca di Trat, potem trawersowaliśmy Cima Pari i na końcu sama z rowerem na plecach wdrapałam się na szczyt. Wybierając drogę w dół z racji późnej pory musieliśmy nieco zmodyfikować pierwotne plany. Jednak pieszy szlak idący niemal równolegole do szutrowej drogi okazał się wart ryzyka. Wszystko zapisane w GPXie poniżej.

[gpx]

Croce di Bondiga

To szlak, na który nie dowiezie nas shuttle. Warto więc wpleść go w całodniową wycieczkę i najpierw wdrapać się na San Giovanni al Monte, potem granią dojechać do krzyża, by stąd zjeżdżać już aż do samego Arco. Do San Giovanni można dojechać także autem. Dobrym pomysłem więc jest by jedna osoba z ekipy poświęciła się i wwiozła resztę do góry. W naszym przypadku oczywiście poświęcił się, trochę słabiej czujący się tego dnia Artur. Zjazd z Croce di Bondiga jest warty poświęceń. Występuje tu ten lubiany przeze mnie rodzaj gardziańskich kamieni, sztywno trzymających się w ziemi. Tylko w środkowej części jest trudny przejazd przez gruzowisko. Reszta to przyjemna trójeczka :)
Z tego zjazdu zdjęć nie ma, ale będzie film. Kiedy? dobre pytanie :)

[gpx]

 

Jezioro Garda na szosie

Szosowcy twierdzą, że Garda jest stolicą MTB, a kolarze górscy, że to szosowy raj. Jak jest faktycznie? Faktycznie wydaje mi się, że zarówno pod względem szosowym jak i emtebowym zdarzało mi się jeździć po fajniejszych ścieżkach i drogach. Nie znaczy to, że jest jakoś strasznie kiepsko, ale do raju to chyba jeszcze daleko :) Tak, czy siak, kilka kilometrów na szosowym liczniku nad Gardą nabiłam. Poniżej trzy przyjemne i warte zwrócenia uwagi trasy po resztę najlepiej zgłosić się do Hop Cycling.

Monte Velo

Jedną z rzeczy, którą dobrze zapamiętałam z pierwszego pobytu nad Gardą była właśnie ta cienka asfaltowa serpentyna zaczynająca się w Santa Barbara a kończąca w Arco. Pamietam ją dobrze, bo podczas jednej z wycieczek MTB, po dwóch godzinach mozolnego wspinania się do góry rower Artura zaniemógł i musieliśmy na rowerach po 120 mm skoku na grubych oponach  ewakuować się właśnie  tym stromym asfaltem. Ileż niecenzuralnych słów poleciało wtedy z mych ust… Niemal jednoczenie jednak w głowie pojawiła się myśl – o jak fajnie byłoby tu kiedyś wjechać szosą. No to tym razem wjechałam :)

Monte Bondone

Szukając jakiejś fajnej, konkretnej szosowej pętli nad Gardą do wyboru mamy Monte Baldo i Monte Bondone. Zainspirowana wpisem Maćka Hopa, wybraliśmy Bondone. Równe 100 kilometrów i 2700 metrów w pionie. Za takie tripy lubię szosę, ale ostatni podjazd z 18% fragmentem to solidny test charakteru.

Lago di Tenno

To pętelka idealna na wieczór poplażingowy. Z Arco przez Deve wspinamy się powoli nad jezioro Tenno, a potem serpentynami z widokiem na jezioro zjeżdżamy na rynek na lody. Takie tam 30 km na rozruszanie nogi.

Festiwal Bike

Sława i mit Gardy ma też korzenie w co roku odbywającym się tutaj fastivalu organizowanym przez największą europejską rowerową gazetę Bike. Na początku maja kolarze wszelkiej maści zjeżdżają się do Rivy i przejmują nad nią władanie. Są rowerowe testy, prezentacje nowości i ciekawostek, wycieczki, zawody  i imprezy okołorowerowe. Kto wie, może za rok też się tam wybiorę. W końcu tyle jeszcze tam szlaków niepoznanych.

Lago di Garda – atrakcje dodatkowe

Jezioro Garda to miejsce, do którego na pewno możesz przyjechać z rodziną. Bez względu na to, w którym z miasteczek będziecie nocować na pewno twoja druga połówka czy też dziecię znajdzie coś dla siebie. Nad Gardą można robić wszystko: opalać się, pływać, nurkować, surfować, chodzić po górach, wspinać się, chillować pod palmą, objadać się włoskimi przysmakami, chłodzić się drinkami, zagryzać oliwkami. Znajdzie się tutaj też kilka całkiem fajnych sklepów na nietylko rowerowy shopping, jest kilka kosmetyczek, fryzjerów i wesołe miasteczko.

Ceny

Najtrudniejszy temat zostawiłam na koniec. Wakacje nad Jeziorem Garda muszą być na bogato. Jeśli liczysz na to, że uda ci się budżetowo ogarnąć wyjazd, to jasne, wiedz, że się da, ale nie ma to najmniejszego sensu. Nad Gardę warto przyjechać z pełną skarbonką.  Albo lepiej – walizką pieniędzy.

No bo gdy wchodzisz do takiego marketu (Spar, Lidl) z początku wydaje Ci się, że wszystko jest ok. Niestety dopiero po chwili orientujesz się, że ceny nie są w złotówkach ale w ojro.  I żelazny zestaw przetrwania: tuńczyk + sos pomidorowy + makaron  lepiej było wziąć z domu. Ale wozić makaron do Włoch? No to się nie godzi.

Cała frajda jazdy nad Gardą polega na tym, że tam czujesz prawdziwe wakacje.  Słońce, jezioro i góry, a ty po solidnym tripie zjeżdżasz do Rivy lub Torbole na lody i espresso za euraska. Albo ładujesz się na plażę z kartonem pachnącej pizzy i kontemplujesz zachód słońca.
Wieczorem zaś na rynku w Arco popijasz Spritza zagryzając oliwkami, włoskim salami czy jednym z miliona gatunków serów.

Następnego dnia po zaliczeniu Tremalzo bolo nogi, to wjeżdżasz do góry shuttlem, albo wypożyczasz elektryka… No ok, już płynę za bardzo. Gdy druga połówka już sie nudzi na plaży, to jedziecie sobie na kawę, zwiedzanie i shopping do Verony.  Serio, serio, warto wykorzystać ten gardziański wakacyjny klimat. Wspomnienia bezcenne, a za resztę zapłaci karta MasterCard :)

Przykładowe ceny:

espresso w kawiarni – 1 eurasek
wszelkie inne kawy – 1,5 euraska
apfelstrudel – 3 euraski
lody 3 gałki – 3 euraski
woda – 0,7 euraska 2l
bułki – 3 euraski/kg
pomidory – 1.5 euraska/kg
oliwki – 3 euraski kubek na wieczór
wędliny – 12-20 euraska/kg
czekolada RitterSport – 1 eurasek
pizza margherita – 8 eurasków
aperol w restauracji – 4 euraski
piwo w restauracji – 3 euraski
regeneracyjny makaron w schronisku – 8 euraski
bike shuttle – 15/20 eurasków
wyciąg Malcesine- 25 eurasków

Podsumowanie

Garda została odczarowana. Nie wiem, czy to kwestia lepszego skilla, innych rowerów czy nastawienia. W tym roku Lago di Garda wywarło na mnie zdecydowanie lepsze wrażenie niż za pierwszym razem. Owszem, trasy dalej są specyficzne i jedyne w swoim rodzaju, ale chyba zaczynają mi się podobać tak, że chętnie przyjechałabym tu znowu. Wydaje mi się, że w wyniku rozwoju innych rowerowych alpejskich miejscówek nad Lago di Garda przyjeżdża nieco mniej osób niż kiedyś, miejscowi to zobaczyli i zaczynają działać. Coraz więcej tras jest ogarnianych i bardziej dostosowywanych pod rowery, jest lepsze niż kiedyś oznakowanie ścieżek. Wszystko idzie w całkiem dobrym kierunku. Więc jak tylko rozbijecie skarbonki, to jest to na pewno kolejna rowerowa miejscówka, którą polecam.